Napiszę rzecz mało odkrywczą, ale… dzieci mają baaardzo małe pole manewru do tworzenia życia swoich marzeń ;)
A dlaczego o tym piszę? Bo wszyscy to znamy. Doświadczyło tego każde z nas, tyle że na swój indywidualny sposób.
Czy Ty też miałaś lub miałeś kiedyś wizję wymarzonego życia, którą gdzieś jednak zgubiłaś po drodze, dorastając? I Twoje obecne życie nijak się ma do dziecięcych… „mrzonek” – jak to określali bliscy nam dorośli?
Ja jako dziecko bardzo dużo widziałam i czułam, tak inaczej, głębiej.
Widziałam energię i silnie wyczuwałam emocje innych ludzi. I czasem naprawdę wręcz bolało nie móc nic z tym zrobić – ot, tak po prostu,
odciąć się. Widziałam i czułam, jak ludzie wokół szarpią się sami ze sobą, w związkach z innymi ludźmi, w pracy której nie lubią, w drenującej rutynie kolejnych dni… I nie rozumiałam, czemu?
Z przerażeniem myślałam, czy naprawdę tak wygląda życie wszystkich? I z coraz większą rozpaczą dławiącą w gardle – czy moje też będzie tak wyglądało, jak dorosnę???!!!
A przecież czułam w sobie, że może być inaczej, że wcale nie trzeba borykać się z życiem! Że jest coś więcej niż nudna praca, wkurzający współmałżonek, drażniące dzieci, zaplanowane sobotnie porządki i zmaganie się z codziennością. Czułam, że można żyć szczęśliwie!
To przeczucie było we mnie i rozpaczliwie chciałam, żeby dorośli w moim otoczeniu też to poczuli.
Obserwowałam, słuchałam i w końcu zadawałam kłopotliwe dla nich pytania o to… Czy są szczęśliwi, czy kochają swojego męża lub żonę albo czemu codziennie chodzą do pracy, której nie lubią i na którą narzekają?
Zewsząd słyszałam: „Dlaczego tak kiepsko dzieje się w mojej relacji z mężem?”, „Czemu jestem taka schorowana i nieszczęśliwa?”,
„Gdzie i kiedy z beztroskiej osoby stałem się styranym życiem człowiekiem?”, i tym podobne…
A we mnie rozbrzmiewały w odpowiedzi słowa: „Bo nie jesteście dla siebie, macie różne wartości i żadnej nici porozumienia, tylko dzieci Was łączą.”, „Bo nie żyjesz tak jak chciałabyś żyć! Przecież wolałabyś robić coś zupełnie innego.”, „Bo zapomniałeś o sobie, bo żyjesz, robiąc to,
co inni Ci każą albo czego od Ciebie oczekują!”
Chciałam pomóc, więc dzieliłam się tym co czułam i tym, co widziałam.
Kłócącym się ciągle parom mówiłam, że najwyraźniej nie są dla siebie, więc po co tak się męczą razem, skoro mogą być szczęśliwi żyjąc osobno?
I dostawałam tylko nic nierozumiejące spojrzenia lub oburzone reakcje.
To wtedy odkryłam, że ludzie wcale nie chcą znać odpowiedzi na swoje pytania.
Nawet nie chcą rozważyć ewentualności innej niż szukanie winnych swej sytuacji – oczywiście poza swoją osobą. Że wolą uskarżać się i użalać, oczekując współczucia i marnych słów pocieszenia.
Prawda była zbyt niewygodna, i wymagałaby działania.
Okazało się, że ludzie wcale nie chcą rozwiązania. Że „to był TYLKO chwilowy kryzys, moment słabości”. A za chwilę już zbierają się w sobie, zakładają pancerz na serce, maskę na twarz i niosą dalej swój krzyż.
Tak bardzo chciałam innym pomóc, a najbardziej móc im pokazać, jaką niesamowitą moc zmiany w sobie mają.
Widziałam, jak godzą się na mniej niż zasługują, bo tak dali sobie wmówić, bo uwierzyli, że wystarczy jakoś przeżyć to życie.
Tak, jakby pozbawiono ich dostępu do własnej duszy i jakby dawno już ogłuchli na wołanie serca.
I w tym rozczarowaniu, że choć widzę, to nic nie mogę na to poradzić…. I w tej bezradności, gdy mogłam jedynie biernie przyglądać się jak ludzie zatracają sami siebie… Zaczęłam tracić nadzieję, że jest możliwe inne życie – to szczęśliwe i spełnione życie.
Co jakiś czas nadzieja odżywała, po czym więdła, a ja zapadałam się w sobie.
To bolało, to cholernie bolało, nie widzieć wokół szczęśliwych ludzi.
I w zasadzie nie mieć żadnego poparcia swoich przeczuć i czuć się dziwolągiem, wśród „normalnych” ludzi.
Moją nadzieję na lepszy wariant życia podsycały historie ludzi opisywane w książkach, a niszczyła ją oglądana i doświadczana rzeczywistość.
Z trudem zaakceptowałam fakt, że dopiero jako dorosła będę mogła stanowić o sobie tak, jak tego chcę i iść tam, dokąd chcę i z kim zechcę. Tylko coraz bardziej wątpiłam, czy znajdę siłę, żeby pozostać sobą w świecie, który chciał wszystkich zrównać i włożyć w schematy.
Dopiero lata później zrozumiałam, że każdy ma swoją drogę do przejścia. I swój czas, kiedy (i czy w ogóle) ocknie się i podejmie decyzję, że tego cierpienia i zmagań już wystarczy. Że teraz już chce żyć inaczej, lżej, lepiej dla siebie, bardziej szczęśliwie, i wybierze pójść za tym..
A choć decyzja wydaje się prosta – no bo, któż nie pragnie być szczęśliwy? – to niełatwy to wybór. Sama miotałam się pomiędzy walką
a odpuszczeniem, między cierpieniem a akceptacją, między wysiłkiem a lekkością bycia.
To niekończący się proces, póki siebie w nim nie obejmiemy.
Trwało to, ale nauczyłam się szanować granice innych i ich wybory. Przestałam zajmować się „naprawianiem” innych ludzi i „prostowaniem”
ich ścieżek na moją modłę, a nareszcie zaczęłam opiekować się sobą.
Przez lata, na przemian gubiłam siebie i siebie odnajdywałam. Zawsze w sobie. Nigdy na zewnątrz.
Odnajdywałam drogę do siebie wiele razy, niejednokrotnie we łzach wyrąbując ją niewidzialną maczetą. Po to, żeby żyć w zgodzie z sobą, w spokoju serca, w poczuciu szczęścia.
I teraz jestem tu, zadając Tobie to kłopotliwe pytanie: czy czujesz się szczęśliwa, szczęśliwy?
A jeśli odpowiedź jest negatywna, to mam kolejne…
Czy chcesz czuć się szczęśliwa, szczęśliwy w tym właśnie życiu?
Bo szczęście jest możliwe, i to wcale nie tak, że dla innych, tych… lepszych, piękniejszych, bogatszych, zgrabniejszych, bardziej oczytanych,
z wyższym wykształceniem, mądrzejszych, i tak dalej… można by wymieniać długo.
To tylko preteksty, by zostać tu gdzie jesteś i nie podejmować żadnego wysiłku. Znam je, bo też byłam w tym miejscu, niejeden raz opierając się temu, co mnie wołało do zmiany.
Szczęście jest możliwe dla każdego, i dla mnie, i dla Ciebie też.
Trzeba tylko i aż, zrezygnować z bycia nieszczęśliwą, nieszczęśliwym, a szczęściu powiedzieć wyraźne TAK i sięgnąć po nie.
Tym razem, spośród wszystkich tych jakości doświadczanych codziennie przez lata, a nawet dziesiątki lat, wybrać doświadczanie szczęścia
i przygotować się na przygodę życia. Bo to dopiero początek.
Zostaw Komentarz