Ach… miłość.
Wystarczy o niej wspomnieć, a tyle myśli, skojarzeń, emocji, obrazów… I u każdego inne. Wydaje się, że ilu ludzi, tyle wersji miłości.
Czy któraś z nich w ogóle jest prawdziwa?
I krok po kroku, odzierając miłość z nałożonych na nią warstw wspomnień, emocji, życzeń i wyobrażeń, z tego, co coraz bardziej fałszem i sztucznością trąci… Wyłania się coś pięknego.
Coś, co jest czyste, nieograniczone, płynne a zarazem stabilne, bezpieczne, przyjemne…. Ale znowu, im więcej głowa słów podsuwa, by określić miłość, tym ona rozpływa się i bardziej nieokreśloną staje.
Zatem niech jest, jaka jest :)
Pozbawiona konceptów, czym powinna się objawiać i jaka być powinna, jest czymś, co trudno ująć… objąć słowami.
Wymyka się definicjom ludzkiego umysłu, określającym jej początek, przebieg i koniec, ujmującym ją w jakiekolwiek ramy.
Wychodząc poza umysł i wracając do serca, czujesz, że miłość po prostu jest.
Nie jako stały element mieszczący się w ludzkim albo w duchowym sercu.
Jest płynna, jest energią przepływającą przez wszystko, co jest i czego nie ma namacalnie.
Zasila marzenia, intencje, wizje, będące tworem naszej duszy. Zasila nas.
Wykracza poza wszystko, co pojmowalne rozumem.
Miłość nie ma początku, środka ani końca, w zasadzie niczego z czym ją kojarzymy.
Nie jest mdła ani intensywna, ani cukierkowo różowa lub purpurowo czerwona. Nie jest romantyczna, ani namiętna, ani pełna uwielbienia i adoracji, ani pełna skrajnych emocji, cierpienia, zazdrości i gwałtowności.
Miłość nie jest też poświęceniem.
To, co nazywamy miłością być może w jakimś niewielkim stopniu otarło się o nią – tę prawdziwą, niezaszufladkowaną. To dlatego, tęskniąc za czuciem miłości gonimy własne wyobrażenia.
Uważamy, że wiemy jak ma wyglądać, co powinna nam dać, jak powinniśmy się czuć, jak powinna zmienić nasze życie.
A gdy już dogonimy te nasze wyobrażenia, po jakiejś chwili, przytomniejąc, nie wiadomo czemu nie odczuwamy ani miłości, ani spełnienia.
Jakieś to nie takie, jak „myśleliśmy”. Więc coś musi być nie tak – albo z nami albo z tą drugą osobą.
I rzucamy się w wir naprawiania partnera, czasem też siebie… albo rozczarowani zamykamy się w sobie, otaczając murem trudnym do przebicia, albo… idziemy w tany – zgodnie z założeniem, że w tym stawie ryb bez liku.
Rzadko kiedy oddajemy się refleksji, że być może to nie jest albo nigdy nie była miłość.
Książki, filmy, dom rodzinny, oglądane z bliska relacje związkowe… Są elementami, z których budujemy wizję miłości – najpierw podświadomie, a gdy już stajem się starsi, wtedy świadomie określamy, jak ma wyglądać ta nasza miłość – i do takiego jej obrazu dążymy.
I jedno i drugie wyobrażenie jest iluzją.
Możesz się obruszać, ale przyjrzyj się.
To są zaledwie wyobrażenia zamieszkujące Twój umysł. Wzorce i schematy, zapisane pliki – kody, które pragniesz odtworzyć, licząc na osiągnięcie spełnienia.
Do Twoich, często sprzecznych z sobą, żądań dotyczących miłości dochodzą te, które zakodowała w sobie podświadomość.
Misz masz, melanż, i gotowe.
Barwnie, dramatycznie, głośno, emocjonalnie jak na rollercoasterze albo znów poważnie, cicho, układnie, bez iskry życia.
I nadal… Obok miłości to nie stało. Za to umysł brał pełny udział w kreacji.
Więc jak poczuć miłość, jak uchwycić, jak przywołać, jak… zatrzymać?
Uśmiecham się, bo dobrze pamiętam, jak próbowałam.
Jednak każda próba zatrzymania, to zniewolenie. A przywoływanie miłości w desperacji, z poczucia lęku i braku – po prostu nie działa.
Miłości doświadczasz, gdy pozwalasz jej płynąć.
Nie po Twojemu, nie tak jakbyś sobie życzył, nie tam gdzie chcesz ją skierować, ale… otwierając się na jej naturalny przepływ w Tobie, w Twoim życiu.
Bez blokowania, bez ograniczania tego przepływu jakimkolwiek życzeniem.
Powiesz, że tak robisz przecież. Że pozwalasz jej płynąć. Że wcale nie ponaglasz, nie tupiesz nóżką ze złością, nie niecierpliwisz się, nie wyglądasz jej przyodzianej w tą wyjątkową, wybraną przez Ciebie szatę – ale masz już trochę tych lat na karku i mogłaby wreszcie przyjść :)
Otwórz się na to, co jest i jak jest. Odpręż się w tym.
Poczuj się dobrze, w sobie i ze sobą.
Zaakceptuj, że skoro jest jak jest, to jest to najlepiej dla Ciebie na teraz. I czerp z tego.
Uciesz się ze swojego życia, z życia w ogóle, z siebie jaki jesteś, i z tego… że jesteś.
I oddychaj, oddychaj miłością, bo to ona właśnie teraz przepływa swobodnie.
Oto zrobiłeś dla niej miejsce.
Zostaw Komentarz